Moi rodzice znali się z Jacksonami od dobrych parunastu lat. Ja z Mikiem byliśmy prawie w tym samym wieku. No dobra, on był parę lat starszy. Miał dwadzieścia cztery lata, a ja dwadzieścia jeden. Był moim najlepszym przyjacielem, a może nawet i kimś więcej. Jak to moja mama mówiła, że ich rodzina to taki "mały gang". Jeżeli tak, to też chcę do niego należeć. Często z Michaelem wyrywaliśmy się z jego prób i szliśmy posiedzieć nad jeziorkiem niedaleko. Jego rodzice nie byli zadowoleni. Wyjawialiśmy sobie tam nasze najskrytsze sekrety. Praktycznie wiedzieliśmy o sobie wszystko. No, może jednej rzeczy o mnie nie wiedział i modliłam się, żeby tak zostało. Pewnego dnia zabrał mnie na spacer nad nasze jeziorko o zachodzie słońca. Kiedy zobaczyłam, jak potrafi cieszyć się z drobnostek... wtedy się zakochałam. To było, tak jakby rzucił na mnie zaklęcie samym spojrzeniem jego brązowych oczu. Próbowałam to ignorować, żeby nie zepsuć naszej przyjaźni, ale to nie było takie łatwe. Jednak jak na razie się udawało. Nic nie podejrzewał. Oczywiście moje rodzeństwo widziało co się dzieje. Nie raz dawali mi do zrozumienia, że domyślają się o co chodzi. Miałam zawsze przy sobie jego zdjęcie, które bardzo lubił. Było zrobione niedawno.
Pewnego razu zaproponował:
-Jessie, pójdziemy nad jeziorko?
-Nie znudziło ci się to jeszcze?- zapytałam Michaela.
-Nie. Pięknie wyglądasz, kiedy słońce odbija promienie na twoją twarz.
Zarumieniłam się. Było chłodno, więc oboje wzięliśmy kurtki. Mike słodko wyglądał w swojej skórzanej. Miał pod tym błękitną koszulę na guziki. Godzinę później zaczęło się robić coraz zimniej. Zawiał chłodny wiatr. Zatrzęsłam się. Wtedy Michael zdjął kurtkę i otulił nią mnie. Objął moją zmarzniętą osóbkę ramieniem, a ja położyłam na nim głowę.
-Cieplej?- zapytał.
Kiwnęłam głową. Kiedy zrobiło się ciemno zebraliśmy się i wróciliśmy do domu. Mieszkaliśmy dosłownie obok siebie. Dzielił nas tylko płot. Odprowadził mnie pod drzwi i pożegnał się.
-Dobranoc- odrzekł.
-Dobranoc.
-Wpadnę do ciebie jutro.
Pokiwałam głową. Oddałam mu kurtkę, a on wspiął się po płocie i przeskoczył na drugą stronę. Cały Michael. Jakby nie mógł przejść furtką. Weszłam do góry, zamknęłam się w pokoju i stanęłam przed lustrem. Często siedziałam przed nim i po prostu patrzyłam na swoje odbicie. Po półgodzinie poszłam pod prysznic i przebrałam się w piżamę. Rano weszłam cała rozśpiewana do kuchni. W radiu akurat leciało "Can You Feel It". Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Nalałam sobie kawy i usiadłam przy stole.
-A co ty taka szczęśliwa?- zapytała mnie siostra Michele.
-Nie mogę?
-Możesz, ale jest jakiś powód.
Uśmiechnęłam się tylko i wzruszyłam ramionami smarując bułkę dżemem. W tej chwili do kuchni wszedł mój starszy brat Desmond.
-Co się tu dzieje?- zapytał.
-Jessie jest dzisiaj jakaś dziwnie szczęśliwa- powiedziała podejrzliwie Michele.
-Daj jej spokój. Znów się na nią uwzięłaś- odrzekł. Desmond zawsze traktował mnie jak młodszą siostrę. Mogłam na niego liczyć. Nie lubił, kiedy Michele się mnie czepiała i stawał w mojej obronie- Smacznego mała.
-Dzięki Desmond. Rodzice jeszcze śpią?
-Tak. Nie martw się.
-Nie martwić? O co?
-Nie wiem, myślałem, że coś ukrywasz.
-Nie tym razem.
Byłam najmłodsza. Desmond miał dwadzieścia cztery lata, a Michele dwadzieścia trzy. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to listonosz. Byłam w piżamie, ale to nic dziwnego. Zawsze tak odbieraliśmy pocztę. Zamurowało mnie, kiedy w drzwiach stanął Michael. Zmierzył mnie wzrokiem, pogłaskał się po karku i odrzekł:
-Przyszedłem za wcześnie?
-Co? Nie... Ja...- zaczęłam się jąkać.
Mike zaśmiał się.
-Idź się ubierz, a ja poczekam na dole.
-Przepraszam cię za to.
-Nie ma o czym mówić. No, leć.
Pobiegłam do pokoju, przebrałam się, odświeżyłam i zeszłam na dół. Moje obawy się sprawdziły. Michele jak zwykle do niego zarywała. Zrobiłam się czerwona ze złości. Wredna małpa!
-Michael, idziemy?- zapytałam, tak głośno, żeby na pewno im przeszkodzić.
-Tak, jasne.
Podbiegł do mnie i otworzył przede mną drzwi. Uśmiechnęłam się do niego i kiwnęłam mu głową w ramach podziękowania. Szliśmy sobie po chodniku.
-Twoja siostra mnie przeraża- odrzekł.
-Nie tylko ciebie- zaśmiałam się.
Przez resztę spaceru Mike wydawał się taki niespokojny i zmartwiony.
-Wszystko gra?- zapytałam.
Po chwili ciszy odpowiedział:
-Muszę już jutro wyjechać. Mnie i braciom zaproponowali krótką trasę koncertową.
-To świetnie. Musisz koniecznie codziennie do mnie dzwonić.
-W tym właśnie sęk. Nie chcę cię tu zostawiać.
-Co masz na myśli?
-Pojedź ze mną. Z nami.
-Z tobą? Na Tournee?
Pokiwał głową.
-Mike, ja nie wiem... bo...
-Bo?- zapytał zasmucony.
-Nie dałeś mi czasu na zastanowienie.
Spojrzał na mnie rozczarowany.
-Rozumiem. Wybacz, że zrobiłem to tak nieumyślnie.
-Nie o to chodzi, ale gdybyś powiedział mi chociażby wczoraj, to jednak dzień więcej, żeby podjąć decyzję.
-Rozumiem. Będę dzwonił do ciebie.
Przez resztę dnia był strasznie markotny. Czułam się winna, że to ja go tak zdołowałam. Kiedy wróciłam do domu z wyrzutami sumienia, wzięłam prysznic i poszłam spać. Rano obudziłam się akurat, kiedy Jacksonowie pakowali walizki do samochodu.
-Co ja wyprawiam?!
Szybko uszykowałam sobie walizkę i wybiegłam do nich.
-Mike, czekaj! Jadę z wami!
Wiem, że moja decyzja była trochę pochopna, ale wiedziałam, że nie będę tego żałować. Zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam Desmonda.
-Desmond? Ty też jedziesz?
-Tak. Jako oświetleniowiec.
Michael podszedł do mnie.
-Gotowa?
Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową. Zapakowali moją walizkę do bagażnika i ruszyliśmy przed siebie.
-A Michele?
-Była bardzo zadowolona, że jedziemy- odrzekł mój brat.
-jakoś mnie to nie dziwi.
-Mnie też nie.
Siedziałam z Michaelem z tyłu. Jechaliśmy całą noc. W końcu oparłam głowę na jego ramieniu i zasnęłam...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz