czwartek, 27 marca 2014

Rozdział X

Byłam coraz bardziej stęskniona za Michaelem. Bardzo mi go brakowało. Dni mijały niemiłosiernie. Pewnego razu wróciłam szybciej do domu. Rodziców jeszcze nie było. Zazwyczaj wracali późnym wieczorem. Kiedy się rozebrałam, usłyszałam huk.
-Au!
Po chwili rozległ się dźwięk dzwonka. Otworzyłam i zobaczyłam tam Mika, trzymającego się za głowę.
-Co sobie znów zrobiłeś?
-Uderzyłem się o daszek. 
-Wejdź, dam ci zimny okład. 
Michael usiadł w kuchni przy stole, a ja dałam mu worek z lodem. Przyłożył go sobie do czoła. Zasiadłam naprzeciw. 
-Cieszę, się, że jesteś. 
-Jakoś do tej pory mnie nie przytuliłaś. 
Wstałam i usiadłam mu na kolanach, a Mike przycisnął mnie mocno do siebie.
-Stęskniłem się za tobą- szepnął.
-Ja za tobą też- wymruczałam w jego szyję. 
Siedzieliśmy tak przez długi czas. Przytuleni do siebie i bez słowa. 
-Jesteś głodny?
-Jak pies. 
-Zrobię ci coś do jedzenia.
Wstałam z jego kolan i zaczęłam krzątać się po kuchni. Zrobiłam mu naleśniki. Pod wieczór usiadłam z Michaelem na kanapie w salonie. Zaczął opowiadać mi o nagrywaniu płyty. Położyłam głowę na jego kolanach. Głaskał mnie po niej.
-Zaśpiewasz mi coś?- zapytałam.
-Kiedy tylko zechcesz.  

Całkiem sam, mówię swoje życzenie spadającej gwieździe
Czekam, aż mnie odnajdziesz
Pewnej słodkiej nocy, której spotkam
Nieznajomego, który zostanie moim przyjacielem

Kiedy nagle ktoś w ciemnościach wyciąga ku tobie dłoń
Rozpala iskierkę, która rozświetla ciemność
I mówi ci, że nigdy już nie będziesz się bał
A wówczas gdzieś w głębi serca czujesz ciepło
Światła, które będzie cię ogrzewać, gdy w nocy zawieje wiatr
Było to zapisane w gwiazdach i wiem,
Mój przyjacielu, że moim kimś jesteś ty

Obiecaj mi, że zawsze będziemy
Razem przemierzać świat
Trzymając się za ręce, marzeniom nie będzie końca
Mój sekretny przyjaciel z gwiazd i ja

Kiedy nagle ktoś w ciemnościach wyciąga ku tobie rękę
Rozpala iskierkę, która rozświetla ciemność
I mówi ci, że nigdy już nie będziesz się bał
A wówczas gdzieś w głębi serca czujesz ciepło
Światła, które będzie cię ogrzewać, gdy w nocy zawieje wiatr
Poszukaj na niebie tęczy
Wierzę, że ty i ja
Nigdy nie powiemy sobie "żegnaj"
Bo gdziekolwiek będziesz
Spojrzę się w niebo i zobaczę
Mojego kogoś w ciemnościach
Gdziekolwiek będziesz
Spojrzę się w niebo i zobaczę
Mojego kogoś w ciemnościach

-Jest piękna.
-Dziękuję. Napisałem ją, kiedy się nie widzieliśmy. Dopisywałem za każdym razem coś nowego, aż w końcu udało mi się ją skończyć. 
-I pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. 
-Ja przy tobie też. 
Nie wiem nawet, kiedy zasnęłam. Obudziłam się rano w swoim pokoju. Przetarłam oczy.
-Michael?
-Nie siostrzyczko. 
-Desmond?
-Zgadłaś.
-Co ty tu robisz?
-Mieszkam.
-Co robisz w moim pokoju?
-A. Przyszedłem ci powiedzieć, że Michael zaprosił cię na piłkę.
-Na piłkę? Jesteśmy dziećmi?
-On najwyraźniej tak się czuje. 
-No dobra. Zadzwonię do niego.
-Nie musisz. Siedzi na dole.
-Słucham?!
Zerwałam się z łóżka i cicho przekradłam do łazienki. Ubrałam się, umyłam, uczesałam i zeszłam na dół. 
-Cześć Mike.
-Cześć Jess. Gotowa?
-A śniadanie?
-O to się nie martw. Chodź.
Wzruszyłam ramionami i poszłam posłusznie za Michaelem. Zabrał mnie na boisko. Czekali tam już LaToya, Janet, Marlon i Tito. 
-Co powiesz na rundkę kosza?- zapytał mnie Mike.
-W szóstkę?
-Tak.
-Nie sądzisz, że to trochę za mało?
-Nie. 
-Jakie rozwinięte wypowiedzi. 
-Wiem.
Przewróciłam oczami. 
-Niech ci będzie. 
Okazało się, że ja z Marlonem i Tito wygraliśmy. Mike, LaToya i Janet pogratulowali nam i usiedli sobie na ławce. Ja z Michaelem ćwiczyłam rzuty osobiste. Nagle na boisko weszła banda dziewiętnastolatków. 
-A co wy robicie na naszym boisku?!- zapytali Michaela.
-Waszym? Ono jest dla wszystkich.
Nagle obok nas pojawiła się reszta obecnych Jacksonów. Mike dał znak mi i dziewczynom, że mamy się odsunąć.
-Chyba Bóg cię opuścił, że ze mną zadzierasz. 
-Wystarczy mi twoja matka- odrzekł Mike. 
Nagle zanim się obejrzałam rzucali się na siebie z pięściami. W końcu dali sobie spokój. Wróciliśmy do domu. Michael miał podbite oko. Dałam mu coś, żeby mu nie spuchło. 
-Dzięki...
-Zawsze musisz coś sobie zrobić?
Wzruszył ramionami uśmiechnięty. Nagle złapał mnie za rękę i przyciągnął na swoje kolana.
-Jesteś moim aniołkiem.
-Chyba nie z tego końca. 
-Wiem co mówię.
Przytknęłam swoje czoło do jego. Nagle zobaczyłam, jak jego twarz zbliża się do mojej. Poczułam nacisk na ustach. Mike ścisnął mnie w pasie i mruknął zadowolony. Zamknęłam oczy i cieszyłam się chwilą. W końcu odsunęliśmy się od siebie. Michael pogłaskał mnie po policzku. 
-Tylko teraz mi nie ucieknij.
-Nie ma opcji- znów go pocałowałam.
Kiedy się odkleiliśmy, powiedział:
-Wiesz, ile na to czekałem?
-Pewnie długo.
-Szmat czasu. Kocham cię Jessie.
-Ja też cię kocham. Już nawet lepiej z twoim okiem. Jeszcze jest tylko lekko fioletowe, ale poza tym wygląda normalnie. 
-Masz uzdrawiające zdolności królewno. 
-A ty chyba powinieneś iść już poćwiczyć głos, prawda?
-Może i tak, ale jutro się mnie tak łatwo nie pozbędziesz. 
Odprowadziłam go do drzwi. Zanim odszedł, pocałował mnie długo i namiętnie. 
-Dobranoc królewno.
-Dobranoc Mike. 
Zobaczyłam tylko, jak znika za płotem. Zanim poszłam spać, wyszłam w szlafroku i piżamie na balkon. Jego balkonik i mój były tak blisko, że mogliśmy się złapać za ręce. 
-Ślicznie wyglądasz- odrzekł.
-A ty za to masz ładną koszulę.
-Ty mi ją kupiłaś.
-Wiem.
Uśmiechnął się szeroko. 
-Skromna, jak zawsze.
-To cała ja. 
-I mam nadzieję, że nigdy to się nie zmieni. 
-Nie masz się o co martwić. Przynajmniej na razie. 
-Już ja tego dopilnuję. Posłuchaj... powiedziałaś już rodzicom?- pogłaskał się po karku. 
-Nie, jeszcze nie. A ty?
-Też nie.
-Chcesz... utrzymać to w tajemnicy?
-Tak chyba na razie będzie lepiej- odrzekł uśmiechnięty- Kocham cię, wiesz?
-Ja ciebie też. 
-Idź już spać mój aniołku, żebyś miała siły na jutro.
-Dobrze. Dobranoc.
-Dobranoc skarbie.
Weszłam do łóżka, przykryłam się pościelą pod samą brodę i zasnęłam, śniąc o dalszym życiu z moim ukochanym muzykiem...

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział IX

Obudziłam się i powoli wstałam. Lekko dotknęłam rany na jego policzku. Poszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać mu lekarstwa. Nagle usłyszałam jęk. Pobiegłam szybko do Mika.
-Coś się stało?!
-Noga...
Zdjęłam bandaż. Rana zaczęła krwawić na nowo. Musiałam zatamować krwawienie, posmarować ją maścią i założyć nowy opatrunek. Cała łydka była rozcięta.
-Już lepiej?
Pokiwał głową. Był cały spocony i miał gorączkę. Zrobiłam mu zimny okład i usiadłam obok. 
-Nie wygląda to najlepiej. 
-Domyślam się- odrzekł.
-Potrzebujesz coś?
Pokręcił głową. Przyniosłam mu tabletki. Mike połknął je posłusznie. Spojrzałam w te jego brązowe oczy, kiedy nagle:
-Jessie!- usłyszałam głos mamy.
-Tak?
-Ciocia poprosiła, żebyś zajęła się jej synkiem. Mogłabyś to zrobić? Musimy zabrać ją do lekarza i nie będzie nas przez jakiś czas.
-Kuzynkiem Alanem mogę się zawsze zaopiekować. Nie ma problemu.
-Dziękuję ci. Jesteś aniołkiem. Jak się czujesz Michael?- zapytała mama.
-Lepiej.
-To dobrze. Jeżeli byłyby jakieś problemy to dzwoń.
-Nie ma sprawy.
Kiedy wyszli odrzekłam do Mika:
-A może chciałbyś wziąć prysznic?
-Przynajmniej tyle.
Ofoliowałam jego gips, żeby nie pomoczył się i pomogłam mu wejść do łazienki.Po dwudziestu minutach wyszedł z niej z mokrymi włosami. Nagle usłyszałam płacz. Poszłam do pokoju po kuzyna. Kiedy tylko mnie zobaczył, zaczął się uśmiechać. Zeszłam z nim na dół z zamiarem nakarmienia go. Michael w tym czasie siedział w kuchni i pił herbatę. 

-A gdzie jest moja rodzina?-Mieszkają u waszej ciotki. 
Zrobiłam Alanowi mleko i usiadłam z nim w salonie. Po chwili przysiadł się Mike. Alan złapał jego rękę i zaczął się śmiać. Po chwili my zrobiliśmy to samo. Po miesiącu Michael był już kompletnie zdrowy. Robił jeszcze tylko ćwiczenia na rękę, ale mógł już tańczyć. Pewnego dnia zszedł radosny do salonu i obrócił mnie w kółko.
-A co ty taki radosny?
-Bo dostałem propozycję nagrania nowej płyty- powiedział nucąc.

-Kiedy wyjeżdżasz?
-Jutro.
-Mało czasu na pożegnanie.
-Niestety.
Rano opierałam się bokiem o auto, kiedy Michael wpakowywał walizki do auta. Potem zamknął bagażnik, podszedł do mnie, złapał moje dłonie i powiedział:
-Będę tęsknił.
-Ja też.
-Codziennie będę do ciebie dzwonić.
Pociągnęłam nosem. Mike ujął mnie pod brodę i powiedział:
-Ej, proszę mi się tu uśmiechnąć.
Nie udało mi się. Przytulił mnie mocno i głaskał po plecach.
-Dla mnie to też jest trudne. Niedługo wrócę. Bądź silna królewno, zgoda?
Pokiwałam słabo głową. Wsiadł do auta i odjechał. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie Ashley.
-Cześć Jessie. Co powiesz na małe zakupy?
Nie miałam humoru, ale nie mogłam się od wszystkich odizolować.
-Jasne. W sumie, czemu nie?
-Super, to ja będę po ciebie za jakieś dwadzieścia minut.
Uszykowałam się i pojechałyśmy razem do centrum. Kiedy przechodziłyśmy obok sklepu z mediami usłyszałam:
-Na rynek niedługo ma trafić nowa płyta Michaela Jacksona.
Nagle pojawił się Mike z reporterem.
-Komu ją dedykujesz?
-Dedykuję ją rodzinie, ale w szczególności mojej Jessie, za która tęsknię.
-Jesteście parą?
Po chwili ciszy odrzekł:
-Nie, nie jesteśmy... parą.
-To kim w takim razie jest ta Jessie, o której wspomniałeś?
-To moja mała gwiazdka. To ona napędza mnie do dalszego działania.
-Motywuje cię, tak?
-Tak. Można powiedzieć, że daje mi kopa w tyłek, kiedy jestem uparty i leniwy.
-Dziękujemy za wywiad Mike. Oddaję głos do studia.
Kiedy spojrzałam na Ashley, miała otwarte usta. Patrzyła na mnie wielkimi oczami.
-O co ci chodzi?
-O co mi chodzi? Nie słyszałaś co on o tobie mówił?
-Słyszałam i co z tego?
-Wygląda, jakby się w tobie zakochał.
-Nie mów głupot.
-Nie mówię. Widziałam iskierki w jego oczach, kiedy mówił na twój temat.
-Zbadaj sobie lepiej wzrok.
-Jesteś strasznie uparta, wiesz?
-Tak, wiem. Mam to po tacie.
Wieczorem wróciłam do domu. Nagle zadzwonił telefon.
-Halo?
-Cześć królewno.
-Cześć Mike.
-Co tam u ciebie?
-Dobrze. A u ciebie?
-Też. Miałem dzisiaj wywiad.
-Widziałam.
-Naprawdę? Gdzie?
-W sklepie z telewizorami.
-Hm. Szybko się pojawiło.
-Zaskakująco szybko.
-A jak się czujesz?
-Dobrze. Trochę smutno tu bez ciebie.
-Mógłbym powiedzieć to samo. Niedługo wrócę.
-Mam nadzieję
-Tęsknię za tobą. 
-Ja za tobą też.
-Zadzwonię jutro. Pa Jess.
-Pa.
Przez resztę dnia siedziałam sama w pokoju i czytałam książkę. Niecierpliwie czekałam na telefon od Michaela...

piątek, 14 marca 2014

Rozdział VIII

Rano otworzywszy oczy zobaczyłam Mika siedzącego na ziemi przy moim łóżku. Głaskał mnie delikatnie po głowie.
-Dzień dobry królewno.
-Mike?
-Twoja mama mnie wpuściła. Spałaś, nie miałem serca cię budzić.
-Naprawdę, nie musiałeś. A gdzie są wszyscy?
-Wyszli.
-Ale, że wszyscy?
-Tak, wszyscy.
-Nie wiesz, o której wrócą?
-Twoi rodzice wrócą koło szesnastej.
-Mhm.
Uśmiechnął się.
-Możemy się gdzieś przejść.
-Więc co proponujesz?
-Hmm... Może... nie mam pojęcia.
-Może zostańmy w domu i obejrzyjmy film.
-Zgoda. A jaki?
-Znasz "Titanica"?
-Nie wydaje mi się.
-W takim razie już wiesz, co obejrzymy.
Wstałam, ubrałam się, umyłam, uczesałam moje proste brązowe włosy i poszliśmy na śniadanie. Zrobiliśmy naleśniki. Oczywiście Michael swoje spalił.
-Kiedyś ci się uda- odrzekłam.
Usiedliśmy razem do stołu i zjedliśmy śniadanie. Potem usiedliśmy na kanapie i włączyłam film. Nie sądziłam, że mogę płakać piąty raz na tym samym filmie. Przytuliłam się do Michaela i płakałam w jego koszulę. On o dziwo też pociągał nosem.
-Ciiiii. Już wszystko dobrze- uspokajał mnie- To tylko film.
-Oparty na faktach- wymruczałam.
-Oł... Emm...
-Nic nie szkodzi.
Cmoknął mnie w czoło.
-Moja dzielna dziewczynka.
Przytuliłam się mocno do jego brzucha. Delikatnie głaskał moje plecy.
-Jess?
-Hm?- odrzekłam.
-Może przyniosę ci chusteczki? Albo ręcznik? Lub suszarkę?
Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że Mike miał mokrą całą koszulę.
-Przepraszam.
-To nic takiego. Nie przejmuj się, to tylko koszula.
-Chodź, znajdziemy ci nową.
Poszliśmy do pokoju Desmonda. Otworzyłam szafę i zaczęłam przeglądać jego rzeczy.
-O, a może ta?
Mike na moich oczach zdjął przemoczony materiał, ukazując boską klatkę piersiową. Aż przeszedł mnie dreszcz. Mam nadzieję, bo chyba nie było mi aż tak zimno. Kiedy ją założył okręcił się w kółko.
-I jak?
-Świetnie. Tylko... kołnierzyk.
Podeszłam do niego i zaczęłam mu go układać.
-O wiele lepiej, niż Desmond.
-Dziękuję.
Nagle zadzwonił telefon.
-Halo?- odrzekł Mike- Co?! Jak?! Kiedy?! Jak, u licha, udało wam się przypalić makaron?! Ale że straż?Pożarna?! Nie można was na pięć minut zostawić! Zaraz będę.
-Co się stało?
-Marlon w kuchni... Muszę lecieć.
-Może pójdę z tobą?
-Nie. Kuchnia się pali, a ja wolę, żebyś została.
-Jesteś pewien?
-Tak. Nie chcę, żeby coś ci się stało. Niedługo będę.
Po czym wybiegł. Po półgodzinie usłyszałam huk. Dom się zawalił. Jego szczątki płonęły. Kiedy weszłam na ich podwórko wszyscy tam stali. Wszyscy... oprócz Michaela.
-Gdzie Mike?!- zapytałam Janet.
-W środku.
-Jak to?!
-Został tam synek naszej sąsiadki. Michael poszedł go ratować.
Nagle w oknie go zobaczyłam. Był na samym dole i machał. Jego bracia podbiegli i zabrali chłopczyka. Nagle drugie piętro zwaliło mu się na głowę.
-Michael!- krzyknęłam.
Koło mnie przebiegł Luka i przecisnął się do domu. A raczej do tego, co z niego zostało... Po chwili przyjechała straż pożarna. Szukali ich przez jakiś czas. Nagle usłyszeliśmy szczekanie.
-To Luka!- zawołała Janet.
Strażacy wbiegli do domu i wyciągnęli nieprzytomnego Mika. Jeden z nich niósł Lukę. Na szczęście pies nie miał żadnych poważnych obrażeń. Mike wręcz przeciwnie. Podjechała też karetka. Wsiadłam z nimi i zaczęli go badać.
-Ma silne poparzenia. Na szczęście twarz nie ucierpiała. Ale rękę ma mocno poparzoną. Musimy ją zabandażować.
Lekarz zabrał się za Michaela. Po jakimś czasie postanowił, że nie trzeba go zabierać do szpitala, ponieważ stan nie zagraża jego życiu. Położyliśmy go w salonie w moim domu. Siedziałam z nim cały czas. W końcu otworzył oczy.
-Michael?
-Tak. Chyba tak. A mogę być kimś innym królewno?
-Mam nadzieję, że nie.
Kiedy spróbował się ruszyć, syknął z bólu.
-Spokojnie. Nie ruszaj się. Jesteś mocno poparzony.
-Jak bardzo?
-Noga, ręka i bok. Prawa jest złamana...
Mike odwrócił wzrok smutny.
-Wszystko będzie dobrze.
-Póki tu jesteś, to tak.
Złapałam jego dłoń.
-Zasługujesz na lepszego przyjaciela- odrzekł.
-Nawet tak nie mów. Dla mnie liczysz się tylko ty.
Przysiadłam na krawędzi kanapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy.
-Jessie?
-Tak?
-Zostaniesz tu ze mną dzisiaj na dole?
Pokiwałam głową.
Położyłam się obok, a on przytulił się do moich pleców. I tak oboje zasnęliśmy...

środa, 12 marca 2014

Rozdział VII

Rano zeszłam smutna na śniadanie. Tego co stało się poprzedniego wieczoru nie chciałam pamiętać. Zepsułam naszą przyjaźń, którą tak pielęgnowaliśmy. To wszystko moja wina.
-Coś się stało córeczko?- zapytała mnie mama.
-Nie, tylko... ech, nieważne.
-Coś z Michaelem?
Nic nie powiedziałam, tylko spuściłam wzrok. Tego dnia przyjechała moja ciocia z wujkiem i ich nowym synkiem Alanem. Miał dopiero rok. Lubiłam się nim opiekować. Był słodki.
-Jessie, jak ty wyrosłaś.
-Cześć ciociu.
-Hej mała- odrzekł wujek.
-Hej wujku.
Wujek był wyluzowanym kowbojem z Teksasu. Kochał konie i byki. Nosił kowbojski kapelusz i podobne buty. Wieczorem postanowili iść do teatru. Michele była u koleżanki, a Desmond na zawodach koszykarskich.
-Na pewno dasz sobie radę?
-Oczywiście. To tylko małe dziecko.
-No dobrze. Ale jakby coś się działo to dzwoń.
-Jasne. No, lećcie, bo się spóźnicie. Pa.
Po jakimś czasie, kiedy Alan spał, a ja oglądałam film, usłyszałam dzwonek do drzwi. Pewnie jak zwykle czegoś zapomnieli- pomyślałam. Ale nie tym razem...
-Michael...?
-Zanim zamkniesz drzwi to proszę cię. Porozmawiaj ze mną na spokojnie.
-Chyba nie mamy o czym rozmawiać...
-Naprawdę tak sądzisz? Ja jednak myślę, że mamy parę spraw do omówienia.
Usiedliśmy na kanapie i Mike złapał moje dłonie. Zabrałam je i skuliłam się z kolanami pod brodą. Spojrzał na mnie smutno.
-Ech. Przepraszam cię królewno. Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Kiedy widziałem cię w tej sukience... Uczucia wzięły górę nad moim rozsądkiem. Byłaś wtedy taka piękna, roześmiana. Ale zrozumiałem swój błąd. I za to chcę cię przeprosić.
-Mike, bo ja...- nie dokończyłam.
Po chwili ciszy zapytał:
-Dlaczego uciekłaś?
-Spanikowałam. Myślałam, że nie zechcesz mnie już znać.
Ujął moją głowę w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Nigdy bym cię nie zostawił. Ja za to myślałem, że wyprzesz się mnie.
-Nie chciałabym tego.
-Ja również.
Po chwili milczenia dodałam:
-Zapomnijmy może o tym...
-Tak... tak chyba będzie najlepiej. Udawajmy, że nic się takiego nie stało.
-Zgoda.
-Mam tylko prośbę. Traktuj mnie tak jak wcześniej. Nie chcę wszystkiego przekreślić.
-Postaram się.
-Dziękuję.
Siedzieliśmy długo w ciszy, nie patrząc na siebie. Muszę mu to kiedyś powiedzieć.
-Mike?
-Tak?
-Posłuchaj. Bo ja... ja muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham cię. Co takiego?
Okej Jessie. Teraz albo nigdy.
-Michael, bo ja...
Nagle do domu weszli ciocia z wujkiem i rodzice.
-O, a to właśnie jest przyjaciel Jessie. Witaj Mike. Co tu robisz?
-Wpadłem tylko porozmawiać z Jess.
-Może zostaniesz na kolacji?
-O nie. Ja właściwie...
-No jasne, że zostanie. To taki miły chłopak.
-Ale ja...
-Oj, nie przesadzaj. Zobaczysz, że będzie ci smakowało.
-Tylko, że...
-No to chodźmy jeść. Trochę tłuszczyku ci nie zaszkodzi- odrzekł wujek.
Kiedy wszyscy weszli do kuchni, ja i Mike zostaliśmy w salonie.
-Chyba tak łatwo stąd nie wyjdziesz- odrzekłam.
-Jessie! Michael!- usłyszeliśmy.
-Idziemy?- zapytał.
-Lepiej tak, bo ciocia robiła. Z nią lepiej nie zadzierać.
Wstałam i poprowadziłam go do kuchni. Po kolacji odprowadziłam Mika pod drzwi.
-Dobranoc...
-Dobranoc...
Popatrzyłam jak znika, przeskakując przez płot. Potem wróciłam do domu i położyłam się do łóżka.

poniedziałek, 10 marca 2014

Rozdział VI

Otworzywszy oczy uświadomiłam sobie, że to tylko sen. Obok mnie leżał Luka. Zeszłam na śniadanie.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry córeczko. Kawy?
-Poproszę.
Nagle zadzwonił telefon. Michele poszła odebrać.
-Jessie! Michael dzwoni!
Wzięłam od niej słuchawkę.
-Mike?
-Cześć Jess. Mam do ciebie jedną prośbę.
-Już się boję. No dawaj.
-Pójdziesz ze mną do galerii?
-Do galerii? Dobrze się czujesz? Zawsze jak razem szliśmy to jęczałeś, że chcesz już wracać.
-Tak, ale teraz chodzi o Janet. Ma urodziny i chcę jej kupić sukienkę, ale nie znam się na tych sprawach. Chciałem, żebyś mi pomogła.
-Niech ci będzie. To o której po mnie wpadniesz?
-Mogę być nawet już.
-Spokojnie. Za dwie godziny?
-To do zobaczenia- wyczułam, że się uśmiecha.
Dokończyłam śniadanie, ubrałam się i czekałam na Mika. Zaczęłam powoli zasypiać. Obudziłam się, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. On nie może mnie zobaczyć w takim zaspanym stanie. Szybko poprawiłam włosy i zmieniłam koszulkę. Kiedy otworzyłam drzwi Mike uśmiechnął się do mnie.
-Spałaś- odrzekł.
-Co? Ja... Nie... Ech, no dobra. Spałam.
-Przede mną tego nie ukryjesz. Chodź tu.
Michael zaczął układać moje proste, ciemnobrązowe włosy. Potem spojrzał mi w oczy. Zobaczyłam w nich małe iskierki, tańczące w kółko. Nie mogliśmy się od siebie oderwać. Poczułam ciepłą dłoń na moim policzku.
-Jessie, ja...
Nagle z mojego domu wyszła Michele. Szybko od siebie odskoczyliśmy i Mike otworzył mi drzwi auta. Pojechaliśmy do galerii.
-Wiesz co chcesz jej kupić?
-Nie mam zielonego pojęcia, dlatego poprosiłem ciebie.
-Hm. Jakoś mnie to nie dziwi.
Potarł moją dłoń. Kiedy dojechaliśmy Mike i ja zaczęliśmy wędrować po sklepach.
-A może ta?- pokazał mi czerwoną suknię.
-Wyobraź ją sobie w tym.
Westchnął zniechęcony.
-Ja już sam nie wiem. Musiałbym ją w tym zobaczyć.
Nagle go oświeciło.
-Ubierz ją.
-Słucham?!
-Ubierz ją, to wtedy będzie łatwiej nam to ocenić.
-Mike, ja w sukience? Żartujesz?
-Nie. Nie żartuję.
Spojrzałam na niego i z westchnieniem wzięłam sukienkę. Poszłam do przebieralni i zaczęłam ją zakładać. Na szczęście ja i Janet nosiłyśmy ten sam rozmiar.
-Mike?
-Tak?
-Zapniesz mnie?
Kątem oka zobaczyłam, jak zasłona się porusza. Poczułam na plecach ciepłe palce Michaela.
-Gotowe.
Odwróciłam się. Zmierzył mnie wzrokiem.
-Łał. Jesteś... przepiękna.
Zarumieniłam się i to mocno.
-Przestań. Zawstydzasz mnie.
-Może o to mi właśnie chodziło?- powiedział czule.
Podszedł do mnie jeszcze bliżej i spojrzawszy mi głęboko w oczy uśmiechnął się ukazując swoje białe perełki.
-Może miałem cię onieśmielić?
-Jeżeli tak, to ci się udało.
Nagle za szybą zobaczyłam La Toyę. Weszła do nas, a my szybko się od siebie odsunęliśmy.
-Co robicie?
-Wybieramy sukienkę dla Janet- odrzekł Mike- Co sądzisz o tej?
Pokazał na mnie. La Toya odrzekła:
-Na tobie lepiej to leży, niż leżałoby na Janet, Jessie.
Zaśmiałam się. Sukienki? Na mnie?
-Tak, ale ja nie noszę sukienek. W każdym razie nie za często.
-Dlaczego?
-Nie wyglądam w nich dobrze.
Mike podszedł, złapał mnie delikatnie za ramiona i odrzekł groźnie:
-Jeszcze raz tak powiesz, a nie uciekniesz łaskotkom królewno. Wyglądasz pięknie. Jesteś piękna.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym La Toya przerwała nam te niezręczną sytuację.
-Michael, spokojnie. Nie możesz jej zmusić do noszenia sukni.
Przez chwilę wydawało mi się jakbym usłyszała u niego coś w stylu "A szkoda". Kazali mi przymierzać jeszcze kilka sukienek, co Mike oglądał z radością, po czym wybraliśmy jedną i wróciliśmy do domu. Powlokłam się do domu i opadłam zmęczona na kanapę. Kiedy tylko zamknęłam oczy zadzwonił telefon.
-Halo?
-To ja.
-Michael? Przecież widzieliśmy się... dwie minuty temu.
-Tak, ale chwila bez ciebie to udręka. Ale przechodząc do sedna: Czy poszłabyś ze mną na urodziny Janet?
-Ja i ty?
-Tak...
-Jasne, w sumie, czemu nie?
-Świetnie. Są jutro o siedemnastej. Wpadnę po ciebie. Ubierz się w sukienkę- usłyszałam cichy śmiech.
-Robisz to specjalnie, prawda?
-Ja? Skądże znowu?
-Już ja cię znam złośliwcze.
Zaśmialiśmy się.
-Miłych snów królewno.
-Tobie też. Dobranoc Mike.
-Dobranoc.
Serce biło mi jak oszalałe. Jezu, nawet, kiedy z nim rozmawiam, to nie mogę się opanować. Muszę coś z tym zrobić. Kiedy będzie zaczynał prawić mi komplementy, albo coś, to muszę szybko zmienić temat. "Ślicznie wyglądasz", "Ładna pogoda, prawda?". Nie, to głupie. Ale w sumie może się udać. Następnego dnia wyszykowałam się, umalowałam skromnie i uczesałam. Właśnie w tym momencie przyszedł Michael. Miał na sobie jasne jeansy i koszulę. Kiedy mnie zobaczył zrobił wielkie oczy.
-Łał, wyglądasz nieziemsko.
-Dziękuję. Ty również. To co? Idziemy?
Podał mi ramię.
-Idziemy.
Kiedy weszliśmy do domu Janet podbiegła do mnie i mocno uściskała.
-Cieszę się, że jesteś.
-Ja też. Wszystkiego naj.
-Dziękuję. Usiądźcie w salonie, a ja zaraz dołączę.
Siedziała tam już przyjaciółka Janet ze swoim mężem. Przedstawiliśmy się i zaczęliśmy gawędzić. Tak jak się obawiałam padło to jedno zasadnicze pytanie:
-Jesteście razem?
Zesztywnieliśmy i spojrzeliśmy na siebie. Za nic nie wiedziałam co odpowiedzieć. Na szczęście Michael zrobił to za mnie.
-Jessie to królewna, którą szanuję i zawsze przy niej będę niezależnie od naszych relacji- mrugnął do mnie.
-Ślicznie to powiedziałeś- odrzekła Agnes.
-Dziękuję.
Wtedy przyszła Janet.
-Pasowaliby do siebie, prawda?- zapytała ją.
-Od dawna to Mikowi mówiłam, ale uparcie twierdził, że nie chce zepsuć tego, co już między nimi jest. Nie ryzykował- powiedziała Janet.
Mike zrobił się cały czerwony.
-Michael ciągle opowiada o Jessie. Mówi, że jest piękna, utalentowana, mądra, kochana, zabawna i wyjątkowa.
Ukrył twarz w dłoniach.
-O Jezu...- szepnął do siebie.
-A ostatnio nawet...
-Jessie, przejdźmy się do ogrodu, co ty na to?- przerwał jej.
Pokiwałam głową. Wziął mnie za rękę i wyszliśmy na zewnątrz. Mike oparł się plecami o płot.
-Przepraszam cię za nią.
-Nie masz za co. Rozumiem co to znaczy mieć siostrę.
Uśmiechnął się do mnie. Złapał moją dłoń i zaczął bawić się moimi palcami.
-Czasem czuję, że mam tylko ciebie. Gdyby nie ty, to byłbym najsamotniejszym człowiekiem na ziemi.
-Zawsze będę blisko ciebie- odrzekłam podnosząc jego wzrok, kładąc mu dłoń na policzku.
Po chwili ciszy szepnął niepewnie:
-Kocham cię.
-Co powiedziałeś?- nie dowierzałam.
Zanim zdążyłam zareagować, Mike złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie gwałtownie. Wszystkie moje neurony wystrzeliły w jednej chwili. Wreszcie mogłam przekazać mu, co czuję. Gdyby nie to, że otrzeźwiałam. Wyrwałam się z jego uścisku.
-Coś się stało?- zapytał.
-Mike, przepraszam, ja... muszę już iść. Wybacz.
Pobiegłam do domu. Za plecami słyszałam tylko jego głos, wykrzykujący moje imię.
-Jessie, poczekaj!
Zignorowałam to. Wbiegłam do domu i rzuciłam się na łóżko, zamykając pokój i blokując go krzesłem. Teraz jestem tylko ja i otaczająca mnie ciemność. Nie wiem, co będzie dalej, ale chyba nie chcę się tego dowiedzieć. Przynajmniej na razie...

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział V

Obudził mnie pisk Luki.
-Hej piesku. Jak się masz?
Szczeknął i pomerdał ogonkiem. Założyłam szlafrok i zeszłam na dół na śniadanie przeciągając się.  Zastygłam w miejscu, bo zamiast rodziców, to w kuchni przy kuchence stał Michael. Uśmiechnął się słodko i powiedział:
-Dzień dobry. Jak się spało?
-Dobrze. A ty... co tu robisz?
-Twoi rodzice poprosili mnie, żebym przyszedł i spędził z tobą dzień, bo pojechali do ciotki Millie. Podobno się rozchorowała.
Spojrzałam na niego podejrzliwie i usiadłam przy stole. Podał mi świeże naleśniki i zasiadł naprzeciwko mnie. Podpadł głowę na ręce i uważnie mi się przyglądał.
-Smakuje?
-Owszem- odrzekłam mu bez jakichkolwiek emocji.
-Wszystko gra?
Nie mogłam mu powiedzieć, że się w nim zakochałam. Zaraz wszystko runęło by w gruzach. Nasza przyjaźń, moje szczęście i wszytko inne. To zbyt ryzykowne. Nie, jeszcze nie teraz. Może kiedyś.
-Tak. Wszystko w porządku.
Złapał moja dłoń i potarł ją kciukiem. Uśmiechnęłam się tak jak tylko mogłam. Zauważył, że robię to z przymusu, ale nie chciał naciskać. Byłam mu za to wdzięczna. Nie był natrętny, ani nachalny. To jedna z cech, które w nim kochałam.
-To co masz zamiar dzisiaj robić?
-Wypożyczyłem nowy film. Możemy go obejrzeć.
Tak jak się spodziewałam wybrał horror. Nie przepadałam za krwawymi i strasznymi scenami. Ale jednej rzeczy byłam ciekawa - gdzie jest Michele i Desmond?
-A gdzie się podziałów moje kochane rodzeństwo?
-Pojechali razem z nimi. Będą tam do jutra wieczora.
-Czyli rozumiem, że mam wolną chatę?
-Niezupełnie. Ja tu będę, więc musisz być grzeczna królewno.
Pod wieczór położyliśmy się z Mikiem na kanapie w salonie i włączyliśmy film. Kiedy było coś strasznego, to tuliłam się do niego jak małe dziecko. Czasem całował mnie w czoło i uspokajał.
-Ciiiiii. Wszystko gra. To tylko film.
W końcu przytuliłam się do jego ciepłej piersi i zasnęłam. Obudziwszy się rano stwierdziłam, że leżałam na Michaelu. Wkrótce on także otworzył oczy. Pocałował mnie w czoło i odrzekł:
-Hej. Jak się spało?
-Dobrze, a tobie?
-Lepiej dawno nie spałem.
Zarumieniłam się i wstałam. Założywszy szlafrok poszłam do kuchni i zaczęłam robić herbatę. Po chwili przyszedł do mnie Michael, złapał mnie w pasie i pogłaskał po policzku. Serce zaczęło bić mi coraz szybciej.
-Jessie. Muszę ci coś powiedzieć... Bo ja... Się chyba w tobie... Zakochałem...- odrzekł nieśmiało.
Spojrzałam na niego. Miał spuszczoną głowę w dół. Podniosłam jego wzrok, ujmując jego podbródek.
-Michael. Bo... Ja też cię kocham.
Rozpromienił się od razu.
-Naprawdę?
Pokiwałam głową. Mike uśmiechnął się i przytuliliśmy się do siebie czołami.
-Powiem ci szczerzę, że zakochałem się w tobie w wieku dwudziestu lat.
-Długo cię trzyma- uśmiechnęłam się.
-Wcale nie narzekam.
Potarł się ze mną nosami i złapał moje dłonie. Nagle zadzwonił telefon.
-Halo?
-Jessie. Ciocia Millie przyjedzie do nas dzisiaj. Zostanie tu ze swoją córką Kate przez tydzień-odrzekła mama.
Westchnęłam. Kate strasznie zarywała do każdego chłopaka. Miała w prawdzie tylko osiemnaście lat, ale i tak jej nie lubiłam. Bałam się tylko o Michaela.
-A jak radzi sobie Mike?- zapytała.
-Dobrze. A wręcz świetnie.
-To my niedługo będziemy. Do zobaczenia.
-Pa.
Kiedy odwróciłam się do tyłu, Mike uśmiechnął się i powiedział:
-Czyli mamy jeszcze trochę czasu dla siebie?
-Tak, ale uważaj na moją kuzynkę Kate. Może cię podrywać.
-Nie martw się. Już mam swoją królewnę.
Zarumieniłam się i cmoknęłam go w policzek. Wieczorem przyjechali. Mama pozwoliła, żeby Mike u nas spał. Kiedy tylko Kate weszła do domu, to zaczęła przymilać się do mojego chłopaka. Mike oczywiście śmiał się z tego i był zainteresowany tylko mną. Słodki jest.
-Więc jesteś piosenkarzem, tak?- zapytała robiąc wielkie oczy i trzepocząc rzęsami.
-Zgadza się.
-Łaaał. Super.
Cicho śmiałam się w duchu, bo świetnie wiedziałam, że Kate nie ma szans. Wyglądałam na nich z kuchni i chichotałam. Biedna Kate. Wtem przyszedł do mnie Michael.
-Już skończyliście?- zapytałam.
-Zrobiliśmy małą przerwę. A ty co robisz królewno?
-Kakao.
-Brzmi słodko.
-Chcesz spróbować?
Mike wziął ode mnie łyka.
-Dobre?
-Bardzo.
Nagle do kuchni weszła mama. Szybko się od siebie odsunęliśmy.
-Co robicie?
-Pijemy kakao.
-Jessie. Uszykuj potem Michaelowi pościel.
-Dobrze mamo.
Potem weszła ciocia.
-Ojej. Widzę, że tu jakieś romanse się odbywają.
-Co? My... Nie... Znaczy... My tylko kakao...- zaczęliśmy się tłumaczyć.
-Żartowałam. Pasowalibyście do siebie.
-Już nie raz jej to mówiłam. Ale ona oczywiście swoje, że Michael to przyjaciel, że nie chce zepsuć ich przyjaźni i tak dalej.
-Kochanie, to że się w kimś zakochasz i będziecie razem, to nie znaczy, że zaraz zniszczysz więź, która was łączy. Jeżeli naprawdę komuś na tobie zależy, to będzie trwał przy tobie dzień i noc.
Nagle poczułam, jak Mike łapie mnie po kryjomu za rękę. Zerknęłam na niego. Wiedziałam, że nigdy mnie nie opuści.
-Mamo! Ten telewizor nie ma podłączenia do internetu!- krzyczała Kate.
Mama i ciocia poszły do salonu.
-Blisko było- odetchnęłam.
-I to jak.
-Może narazie im nie mówmy.
-Może lepiej nie.
-Jessie!- wołała Kate.
-Lepiej do niej chodźmy bo jeszcze oszaleje- zaśmiałam się.
-Czyżbym wyczuwał u ciebię nutkę zażenowania?
-U mnie? Nie, gdzie tam.
-Nie, wcale.
Zaśmiałam się. Usiedliśmy na kanapie i przykryliśmy się jednym kocem.
-No nareszcie! Ile można czekać?
Odrzekła i usiadła blisko Michaela. Ten przysunął się do mnie jeszcze bliżej. Kate była wyraźnie niepocieszona. Oparłam się Mikowi o pierś i zaczęliśmy oglądać film.
-Wy jesteście razem?- zapytała.
-Co? My... Nie...
-Na pewno?
-Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Widzisz, żebyśmy się obściskiwali, czy coś?
-W sumie nie.
-Właśnie.
Usłyszałam stłumiony śmiech Mika. Kiedy Kate zasnęła usiadłam mu na kolanach. Włożył mi rękę pod koszulkę i zaczął muskać moje plecy palcami.
-Kocham cię- powiedział.
-Ja też cię kocham.
Zachciało mi się pozwierzać.
-Wiesz... Już od dawna chciałam ci powiedzieć, że coś do ciebie czuję, ale się bałam. Nie chciałam, żebyś odszedł.
-Nawet, gdybym ja nic do ciebie nie czuł, to i tak nigdy bym cię nie opuścił. Ale kocham cię i nigdy nie zostawię.
Głos w głowie krzyczał mi "Pocałuj go!". Jeszcze się nie całowaliśmy i miałam pewne obawy. Kiedyś w końcu musi być ten pierwszy raz. Położyłam ręce na jego ramionach i podciągnęłam się do góry. Spojrzawszy mu w oczy usłyszałam:
-Nie wiem, jak to będzie.
-Ja też nie.
-Boisz się?
Pokiwałam lekko głową.
-To co? Na trzy?
-Zgoda.
-Raz... Dwa... Trzy...
Wzięliśmy się w garść i mocno przytuliliśmy nasze usta. Najpierw byliśmy spięci, ale potem poczuliśmy wielką radość i ulgę. Zrobiliśmy to śmielej. Tym razem poszło lepiej.
-Nie było źle.
-Było świetnie- odrzekł.
-Nie pochlebiaj sobie.
Zaśmialiśmy się. Nagle Kate zaczęła się wiercić.
-Może lepiej zaniosę ją do pokoju?
-Ale szybko.
Mike wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju gościnnego. Niedługo później wrócił. Położyłam się obok niego i oboje zasnęliśmy.

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział IV

Tej nocy śnił mi się Michael. Był cały roześmiany i trzymał mnie za rękę. Nagle obudził mnie dzwonek.
-Halo- ziewnęłam.
-Dzień dobry królewno. Czas do szkoły.
-Michael, jest niedziela.
-A nie poniedziałek?
-Nie, poniedziałek jest jutro.
-Oj. Przepraszam cię.
-Już trudno. Co tam u ciebie?- zapytałam, zakładając szlafrok.
-Chciałem poprosić, żebyś poszła dzisiaj ze mną na trening.
-Trening?- powiedziałam z buzią pełną pasty do zębów.
-Tak, trening tańca. Muszę do nowej piosenki nauczyć się kroków. Wpadłbym po ciebie koło jakieś trzy godziny.
-O dwunastej?
-Właśnie.
-No okej. Niech ci będzie. Beze mnie chyba nie wiedziałbyś co zrobić.
-Wiedziałbym. A tak na marginesie. Jessie?
-Tak?
-Słodka piżamka.
Odwróciłam się. Balkon mój i Mika były naprzeciw siebie. Miałam go otwartego, więc wszystko widział. Spojrzałam na niego, założyłam ramiona na piersi i pokręciłam głową.
-Jesteś niemożliwy.
-Wiem. Ale serio słodko wyglądasz- uśmiechnął się.
Przewróciłam oczami. Nie daj mu się omamić. On tylko na to czeka.
-Czy pan jest jakimś zboczeńcem, Panie Jackson?
-Nic o tym nie wiem, a dlaczego tak sądzisz?
-No nie wiem. Może dlatego, że stoi Pan na balkonie i podgląda kobietę w piżamie?
-Wcale nie podglądam. Podziwiam widoki, a poza tym, jeżeli zobaczyłbym coś niestosownego, to odwróciłbym wzrok.
-Mhm. Tak, tak. Jasne- odrzekłam- Znam te twoje śpiewki.
-A poza tym znamy się od dzieciństwa. To, że widzę cię w piżamie, to chyba nie zboczenie, prawda?
-Chcesz się kłócić, Panie Prawniku?
Chwilę na mnie patrzył, po czym odrzekł:
-Może później, Pani Prokurator. Będę o dwunastej.
-Tylko się nie spóźnij- zażartowałam.
-Nie ma takiej opcji- zapewnił mnie.
Weszłam do pokoju i zaczęłam się ubierać. Wzięłam wygodne rzeczy, żeby jakby coś to pomóc Mikowi w rozgrzewce. W końcu usłyszałam pukanie do drzwi.
-Jessie! Michael przyszedł!
Zbiegłam po schodach i pojechaliśmy do studia tanecznego. Choreografka Michaela zaczęła go uczyć pierwszych kroków.
-Nie w prawo, tylko w lewo!- niecierpliwiła się.
Po następnych dwudziestu minutach musiała wyjść, bo nie miała już cierpliwości. Bałam się tylko, żeby się na niego nie rzuciła.
-Nie ogarniam tego.
Brałam kiedyś lekcje tańca, więc może mogłabym mu pomóc. Stanął obok mnie i zaczęłam wszystko mu powoli tłumaczyć.
-Zobacz, to łatwe. Najpierw do tyłu, a potem na ukos w lewo.
Szło mu coraz lepiej. Postanowiłam, żebyśmy zrobili to z muzyką. W połowie układu wpadłam na Mika. Złapał mnie, a nasze twarze były bardzo blisko siebie. Oboje byliśmy zdyszani, ale się uśmiechaliśmy.
-Wybacz, chyba znów pomyliłem kroki- uśmiechnął się.
Postawił mnie równo i odrzekłam:
-Spróbujmy jeszcze raz.
Tym razem poszło mu lepiej. Nie pomylił się ani razu.
-To co? Wracamy do domu, zanim ona wróci?
-Zgadzam się z tobą- powiedział.
Zebraliśmy swoje rzeczy i wróciliśmy spacerkiem do domu. Mike poszedł do siebie, a ja do siebie. Pod wieczór stałam sobie na balkonie, oglądając duży księżyc. Nagle za plecami usłyszałam:
-Śliczny jest.
Odwróciłam się napięcie. Stał tam Michael z rękami w kieszeniach i w błękitnej koszuli rozpiętej lekko na piersi. Loki delikatnie opadały mu na czoło.
-Zawsze musisz się tak zakradać?
-Nie zawsze, ale lubię to robić.
-Zauważyłam.
Stanął obok mnie i razem podziwialiśmy niebo. Nagle poczułam, jak jego dłoń łapie moją. Spojrzałem na niego, ale po chwili znów odwróciliśmy oboje wzrok na gwiazdy. Jego ręka była ciepła i delikatna. Ścisnęłam ją mocniej.
-Mam coś dla ciebie- odrzekł po chwili.
-Mike, rozmawialiśmy już o tym. Nie chcę od ciebie żadnych drogich prezentów.
-Nie tym razem. Chodź ze mną.
Powiódł mnie do swojej szopki na narzędzia. Kiedy zapalił światło, ujrzałam owczarka ze szczeniakami.
-To jest Luna. Znalazłem ją tu niedawno.
Widać było, że pieski miały już koło dwóch miesięcy. Michael wziął jednego i podał mi.
-Jaki słodki.
-Słodki i twój.
-Michael, ja... ja nie mogę go przyjąć.
-Proszę cię. Przynajmniej będziesz mnie pamiętała, jeżeli kiedyś wyjadę.
-Ja nie chcę, żebyś wyjeżdżał.
-Wiem królewno. Ja też nie. Ale proszę cię, weź go.
Po chwili zastanowienia pokiwałam głową. Potem Mike odprowadził mnie do domu.
-No to dobranoc królewno. Trzymaj się maluchu- odrzekł głaskając psa.
-Dobranoc Mike- cmoknęłam go w policzek- I dziękuję.
-Nie ma za co.
Weszłam do domu. Serce biło mi szybko jak cholera.
-Uuuuu. Widzę tu mały romansik- odrzekła Michele.
-O czym ty mówisz? Wcale nie.
-Ślepa jesteś? Przecież on się na ciebie patrzy jak w telewizor.
-Chciałabyś.
-Okej. Nie wierzysz, trudno. Ale to już nie mój problem.
Przewróciłam oczami i poszłam pokazać mamie Lukę. Tak go nazwałam.
-Słodki. Od Michaela?
-Tak.
-Mhmmm. No dobrze. Widzę, że jesteś zmęczona. Idź się połóż.
Wzięłam pieska ze sobą i zasnęłam śniąc o Michaelu...

poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział III

Wykładowca rozdał nam testy.
-Macie dokładnie czterdzieści pięć minut. Powodzenia.
Okej, spokojnie. Pytanie pierwsze. "Masa protonu  jest większa od masy elektronu : a – 10 x, b + 1840 x, c – 2 x"... CO?! Nie wiedziałam, że uczę się tu łaciny. Okej, skupienie. A, B, C, C ,D, A, D, B, B, A i C.
-Koniec czasu!
Oddałam moje wypociny nauczycielowi, gdy zadzwonił dzwonek. Pod drzwiami czekał już na mnie Mike.
-I jak?
-Nijak.
-Jak to "nijak"?
-Normalnie. Pewnie dostanę co najwyżej tróję.
-Będzie dobrze.
Spojrzałam na niego z uniesioną brwią. Poszłam do szafki. Na szczęście była obok sali Mika. Wtem podszedł do mnie Jacob.
-Hej piękna.
-Daj mi spokój Jacob. Nie mam dzisiaj humoru.
-A co się stało?- nie dawał za wygraną.
-Nieważne. Zostaw mnie.
-Może ja ci go poprawię?- odrzekł przyciskając mnie do szafek.
-EJ!- usłyszałam zza pleców Jacoba.
Odwrócił się. Stał tam Michael.
-Jessie nie życzy sobie, żebyś się jej narzucał.
Wyglądał groźnie. Loki opadały mu na czoło, przez co wydawał się jeszcze bardziej niebezpieczny, ale i atrakcyjny.
-No i?
-Zostaw ją- warknął przez zaciśnięte zęby.
-Bo co?
-Bo ci przywalę.
Puścił mnie i podszedł do Mika. Byli tego samego wzrostu, więc szanse były bardzo wyrównane. Jacob zamachnął się na mojego wybawcę, ale ten schylił się i wykonał kontrę w jego szczękę. Jacob cofnął się trzy kroki do tyłu, ale już po chwili ruszył na niego z powrotem. Mike wykonywał zgrabne i szybkie uniki. Jacob po chwili leżał na ziemi.
-I żebyś nigdy więcej się jej nie narzucał.
Rzuciłam się Michaelowi na szyję i mocno uściskałam.
-Panie Jackson, Panno Morgan. Proszę do mnie- odrzekł dyrektor.
Poszliśmy za nim do gabinetu i usiedliśmy naprzeciw niego.
-Nie życzę sobie bójek w mojej szkole Panie Jackson. Zostaje pan zawieszony na dwa tygodnie w prawach ucznia.
-Słucham?!- krzyknęłam- Jak pan może go zawieszać?! On tylko chciał mnie bronić!
-Co to za ton Panno Morgan?!
-Co to za głupie reguły i kary?!
-Pani za to nie zostanie wpuszczona na bal, który odbędzie się za tydzień!
-Ale...
-Koniec dyskusji! Żegnam!
Wyszliśmy z gabinetu. Mike nie wydawał się tym przejęty, że został zawieszony. Ja wręcz odwrotnie. Byłam zrozpaczona, że nie pójdę na tak ważny dla mnie bal.
-Przepraszam cię...- powiedział zawstydzony.
-Nic się nie stało. Dziękuję, że mi pomogłeś.
-Nie ma za co. To mój obowiązek, żeby ratować moją królewnę.
Zarumieniłam się. Tydzień minął strasznie szybko. Nadszedł dzień balu. Nagle zadzwonił telefon.
-Halo?
-Jessie. Jezu, tak mi przykro, że nie możesz iść.
-Nic się nie stało. Miłej zabawy.
-Dziękuję.
Rozłączyłam się. Usłyszałam pukanie do drzwi. Stał tam Michael w garniturze.
-Co ty tu robisz?
-Posłuchaj. Chciałem cię przeprosić za to, że narozrabiałem. Więc przyszedłem ci zrobić bal zastępczy tutaj.
-W domu?
-Owszem. A teraz idź się przebrać w jakąś sukienkę. Poczekam na dole.
-Ale...
Wystarczyło jego jedno spojrzenie, żebym zamilkła i zrobiła to, co każe. Weszłam na górę i ubrałam szarą suknię balową. Uczesałam włosy i szybko się umalowałam, po czym zeszłam na dół. Stanęłam na przedostatnim stopniu. Mike spojrzał na mnie wielkimi oczami i powiedział:
-Wow. Pięknie wyglądasz.
Zarumieniłam się.
-Tylko tak mówisz.
Uśmiechnął się, skłonił wyciągając rękę i powiedział:
-Mogę prosić?
Złapałam ją nieśmiało. Mike pociągnął mnie za nią tak, że stanęliśmy bardzo blisko siebie. Położył sobie moje ręce na karku, a sam złapał mnie w pasie. Zaczęliśmy kołysać się w rytm muzyki. Patrzyłam mu głęboko w oczy. Widziałam w nich troskę i wyrzuty sumienia. Michael to był mój anioł stróż, ale również ktoś, na kim mi cholernie zależy.
-Wszystko w porządku?- wyrwał mnie z zamyślenia.
-Hm? O, tak. Wszystko gra.
-O czym myślałaś?
-O niczym ważnym.
-Wiesz, że widzę, kiedy coś się dzieje. Mów mi tu zaraz.
Westchnęłam.
-Myślałam o tym, że ciężko by mi było bez ciebie.
Michael przestał nas kołysać i przytulił mnie do piersi.
-Przecież wiesz, że nigdy cię nie opuszczę królewno.
-Tak, wiem, ale...
-Ale?
-Ale jesteś dla mnie bardzo ważny...
-Ty dla mnie też.
Chyba nie zrozumiał o co mi chodziło. Ale może to i lepiej. Chyba byłam zbyt pochopna. Zostawmy to tak, jak jest. Następnego dnia, czyli w sobotę, poszliśmy razem nad jeziorko. Było dość ciepło. Słońce świeciło, nie było wiatru, czyli idealnie. Zabrałam moje rzeczy do szkiców i usiedliśmy na kocu.
-Pokaż- powiedział Mike.
-Jeszcze nie.
-Proszę.
-Jeszcze nie, daj mi chwilę.
Po dwudziestu minutach westchnęłam:
-Gotowe.
-Mogę już zobaczyć?
Podałam mu kartkę z rysunkiem. Był na niej on, leżący tak, jak teraz.
-Przystojniak- odrzekł.
Zaśmialiśmy się oboje.
-Ale tak na serio, to śliczny obrazek.
-Wcale, że nie.
-Wcale, że tak. Nie kłóć się królewno.
-Ja się nie kłócę.
-Kłócisz.
-Wcale nie.
-A właśnie, że tak.
-Właśnie, że nie.
-Właśnie, że tak.
-Okej, dość.
-Wygrałem.
-Nie, nie wygrałeś.
-Właśnie, że wygrałem.
-Wcale, że nie.
-Wiem, jak postawić na swoim.
Michael wstał i zaczął tańczyć przede mną. Ludzie zaczęli się patrzeć.
-Mike, siadaj do cholery- zaśmiałam się.
-Dopiero, jak przyznasz mi rację.
-Nie ma mowy.
-To czas na "The Way You Make Me Feel".
-No dobra, dobra. Wygrałeś. A teraz siadaj na tyłek.
Mike usiadł zadowolony z siebie.
-Jesteś okropny.
-Więc wygrałem?
-Tak, wygrałeś.
Po chwili ciszy dodał:
-Ale nie mów, że ci się nie podobało.
Szturchnęłam go żartobliwie. Po chwili podszedł do brzegu jeziorka, włożył ręce do kieszeni i spojrzał przed siebie. Wydawałoby się to takie poetyckie, gdybym nie wpadła na pomysł. Zakradłam się do niego i popchnęłam tak, że wpadł do wody. Zaczęłam się śmiać. Kiedy się wynurzył, otarł dłonią twarz i krzyknął z uśmiechem:
-No wiesz co?! Brałem dzisiaj już prysznic!
-Wybacz, ale nie mogłam się powstrzymać.
Podałam mu rękę, ale zamiast wyjść, to Mike pociągnął mnie do wody. Wypłynęliśmy oboje na brzeg i zaczęliśmy suszyć się na kocu.
-Zepsułaś mi fryzurę- odrzekł śmiejąc się.
Usiadłam po turecku naprzeciw niego i zaczęłam układać jego mokre włosy.
-Lepiej?
-Tak, dziękuję.
Siedzieliśmy pod drzewem oglądając zachód słońca. Na szczęście byliśmy już susi. Opierałam się o stary, gruby pień dębu i podciągnęłam kolana pod brodę. Słyszałam, jak Michael wziął głęboki oddech.
-Lubię siedzieć w ciszy i oglądać piękno natury- odrzekł.
-Tak, ja też.
Odprowadził mnie pod drzwi i cmoknął w policzek. Po chwili zrobił się czerwony i spuścił głowę.
-Przepraszam, ja... nie powinienem...
Nie dałam mu dokończyć, tylko też cmoknęłam go w ten jego ciepły różowy policzek. Potarł kciukiem mój i delikatnie szepnął:
-Dobranoc królewno.
-Dobranoc Mike.
Oparłam się plecami o ścianę i westchnęłam, po czym poszłam się wykąpać i rzuciłam się na łóżko. Dobrej nocy Mike- pomyślałam i zasnęłam...

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział II

Kiedy otworzyłam oczy byliśmy jeszcze w aucie, a ja opierałam się głową o ramię Mika. Nie wiedzieć skąd byłam przykryta ciepłym kocem. Michael miał twardy sen. Kiedyś próbowałam go obudzić, to nie obyło się bez wiadra wody. Cicho zaczęłam mu się przyglądać. Jego czarne loki lekko opadały mu na czoło. Jego oddech był miarowy i spokojny. Widziałam, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Nagle otworzył oczy. Zarumieniłam się i odwróciłam szybko wzrok.
-Dzień dobry- odrzekł uśmiechnięty.
-Cześć...- szepnęłam nieśmiało.
Rozejrzał się za oknem.
-Niedługo powinniśmy być na miejscu.
Widział, że jestem onieśmielona. Ujął moją brodę i obrócił mi głowę tak, żebym spojrzała mu w oczy.
-Ej, wszystko w porządku?
-Tak, tylko... nie mogę się już doczekać.
-Ja też.
Och, Mike. Gdybyś wiedział co czuję.
-Wieczorem pójdziemy pozwiedzać okolicę, co ty na to?- powiedział uśmiechając się.
-Z chęcią.
W końcu dojechaliśmy. Cała siódemka wyszła z auta. Mike i jego bracia zaprowadzili nas do hotelu. Mieliśmy wynajęte cztery pokoje. W jednym Tito i Jackie, w drugim Jermaine i Marlon, a w trzecim Mike i Desmond. Ja miałam pokój sama. Dokładnie za ścianą był Michael. Po obiedzie poszliśmy do studia nagraniowego. Czekał tam na nich producent. Mówili na niego Rose.
-Cześć chłopaki. Witam was w naszym studio.
-Dziękujemy Rose- odrzekł Marlon.
-Możecie się rozejrzeć, a jutro zaczniemy już nagrywać.
Rozdzieliliśmy się na grupki. Ja jak zwykle poszłam z Michaelem.
-Hmmm. Charakteryzatornia- odrzekł z niecnym uśmiechem.
Weszliśmy tam. Mike zaczął zakładać różne maski. Założył maskę wilkołaka. Zaczął mnie ganiać po całym pokoju. W końcu zagonił mnie pod ścianę i złapał w pasie. Staliśmy twarzą w twarz. Zdjęłam mu maskę. Zdyszany i uśmiechnięty patrzył bez słowa w moje niebieskie oczy. Odgarnął mi moje brązowe proste włosy z twarzy i pogłaskał kciukiem po policzku. Nagle do pokoju wszedł Desmond. Szybko od siebie odskoczyliśmy.
-Tu jeszcze nie byłem- powiedział do siebie.
Chyba nas nie zauważył, bo staliśmy w cieniu w kącie. Kiedy pochylił się nad skrzynią, razem z Mikiem przeszliśmy cicho za jego plecami. Uciekliśmy śmiejąc się. Pod wieczór Michael odrzekł:
-Idziemy pozwiedzać okolicę? Tak jak ci obiecałem.
Pokiwałam głową. Podał mi ramię. Wyszliśmy na dwór. Mike otulił mnie swoją kurtką. Poszliśmy do parku i usiedliśmy na skraju fontanny.
-Może to nie jest nasze jeziorko, ale jednak woda.
-Posiedziałabym na łące nad nim.
-Ja też królewno, ja też.
Mike często nazywał mnie królewną. Po chwili wróciliśmy do hotelu. Odprowadził mnie pod drzwi. Złapał moje dłonie i powiedział:
-Śpij dobrze królewno.
-Ty też.
-Dobranoc- odrzekł całując mnie w czoło.
-Dobranoc.
Wzięłam prysznic i zasnęłam. Jacksonowie szybko nagrali płytę i wróciliśmy do domu. Nic ciekawego tam nie było. Niedługo będą moje urodziny. Pozapraszałam znajomych i oczywiście Mika. Bez niego nie było imprezy. Przynajmniej dla mnie. Rodzice zostawili mi cały dom na noc. Obowiązywał luźny strój i brak prezentów. Mike przyszedł jako ostatni. Miał na sobie spodnie od garnituru i niebieską koszulę.
-Nie spóźniłem się?- zapytał.
-Jesteś w sam raz.
Kiedy wszedł podał mi małe pudełeczko.
-Mówiłam, że masz mi nic nie kupować.
-Uznaj, że to prezent, ale nie na urodziny.
Przewróciłam oczami i otworzyłam paczuszkę. Był w niej śliczny wisiorek. Mike wyjął go.
-Czy mogę?
Odwróciłam się i odgarnęłam włosy z karku.
-Gotowe.
Na zawieszce było napisane "M&J". Michael i Jessie- pomyślałam.
-Podoba ci się?
-Jest piękny. Dziękuję.
Przytuliłam go i cmoknęłam w policzek. Na chwilę zesztywniał, ale nie na długo. Potem oboje poszliśmy do kuchni. Jake i Chris już bili się bitą śmietaną.
-Tort już gotowy- odrzekli, kiedy weszłam.
W salonie poodsuwaliśmy meble, żeby zrobić miejsce na tańce. Tak jak się spodziewałam zaczęliśmy oglądać film. Siedziałam obok Mika na kanapie. Potem puściliśmy powolną muzykę.
-Mogę prosić?- zapytał Brandon.
Zarumieniłam się lekko, ale zgodziłam się. Położyłam ręce na jego karku i zaczęliśmy kołysać się do muzyki. Potem poprosił mnie Chris, Drake, Jake, Kenny i Axl. Po tańcach było już późno, więc zjedliśmy tort i wszyscy poszli do domu. Wszyscy... oprócz Michaela.
-Teraz chyba moja kolej- wyciągnął rękę.
Ujęłam ją lekko i zaczęliśmy się bujać. Oparłam głowę na jego ramieniu.
-Miło- szepnął.
-Zgadzam się.
Po piosence skłonił mi się, ja zrobiłam to samo.
-Kurczę. Muszę posprzątać zanim wrócą rodzice.
-Pomogę ci.
-Nie ma mowy Michael. Siadaj na kanapie.
-Żartujesz? Nie mam zamiaru.
-Panie Jackson. Proszę usiąść i zostawić mi wszystko.
-Panno Morgan, proszę się nie kłócić.
-Ale...
-Żadnych ale, królewno. Bierzmy się za sprzątanie.
Zaczęliśmy od kuchni. Było jakoś smętnie, więc Mike włączył radio. Akurat leciało "Hollywood Tonight". Świetnie nam się do tego pracowało. Razem tańczyliśmy i śpiewaliśmy roześmiani. Widać było, że jest w swoim żywiole. Ja wolałam pisać wiersze, piosenki, a czasem od biedy nawet coś narysować. Nie miałam jakiegoś talentu plastycznego, ale Michael uparcie twierdził, że moje prace mu się podobają. Lubił siedzieć ze mną na łące i słuchać moich wierszy. Czasem pomagałam mu z piosenkami, kiedy go zatkało. Chodziliśmy razem do tej samej szkoły. Odprowadziłam Mika do drzwi i położyłam się spać, bo jutro mam egzamin. Rano obudziłam się, wzięłam torbę i razem z Michaelem poszliśmy do szkoły. Parę minut przed dzwonkiem odprowadził mnie pod klasę.
-Stresuję się.
-Będzie dobrze- pocieszał mnie- Jesteś mądrą, śliczną dziewczyną. Co może pójść nie tak?
-Mogę zawalić.
-Nie, nie możesz. Wierzę w ciebie.
Zadzwonił dzwonek. Cmoknął mnie w policzek.
-Powodzenia królewno.
-Dzięki.
-Wpadnę po ciebie po tej lekcji.
-Okej. Cześć.
Byłam cholernie zestresowana. Potarłam wisiorem od Michaela i weszłam z innymi do sali...

sobota, 1 marca 2014

Rozdział I

Moi rodzice znali się z Jacksonami od dobrych parunastu lat. Ja z Mikiem byliśmy prawie w tym samym wieku. No dobra, on był parę lat starszy. Miał dwadzieścia cztery lata, a ja dwadzieścia jeden. Był moim najlepszym przyjacielem, a może nawet i kimś więcej. Jak to moja mama mówiła, że ich rodzina to taki "mały gang". Jeżeli tak, to też chcę do niego należeć. Często z Michaelem wyrywaliśmy się z jego prób i szliśmy posiedzieć nad jeziorkiem niedaleko. Jego rodzice nie byli zadowoleni. Wyjawialiśmy sobie tam nasze najskrytsze sekrety. Praktycznie wiedzieliśmy o sobie wszystko. No, może jednej rzeczy o mnie nie wiedział i modliłam się, żeby tak zostało. Pewnego dnia zabrał mnie na spacer nad nasze jeziorko o zachodzie słońca. Kiedy zobaczyłam, jak potrafi cieszyć się z drobnostek... wtedy się zakochałam. To było, tak jakby rzucił na mnie zaklęcie samym spojrzeniem jego brązowych oczu. Próbowałam to ignorować, żeby nie zepsuć naszej przyjaźni, ale to nie było takie łatwe. Jednak jak na razie się udawało. Nic nie podejrzewał. Oczywiście moje rodzeństwo widziało co się dzieje. Nie raz dawali mi do zrozumienia, że domyślają się o co chodzi. Miałam zawsze przy sobie jego zdjęcie, które bardzo lubił. Było zrobione niedawno.
Pewnego razu zaproponował:
-Jessie, pójdziemy nad jeziorko?
-Nie znudziło ci się to jeszcze?- zapytałam Michaela.
-Nie. Pięknie wyglądasz, kiedy słońce odbija promienie na twoją twarz.
Zarumieniłam się. Było chłodno, więc oboje wzięliśmy kurtki. Mike słodko wyglądał w swojej skórzanej. Miał pod tym błękitną koszulę na guziki. Godzinę później zaczęło się robić coraz zimniej. Zawiał chłodny wiatr. Zatrzęsłam się. Wtedy Michael zdjął kurtkę i otulił nią mnie. Objął moją zmarzniętą osóbkę ramieniem, a ja położyłam na nim głowę.
-Cieplej?- zapytał.
Kiwnęłam głową. Kiedy zrobiło się ciemno zebraliśmy się i wróciliśmy do domu. Mieszkaliśmy dosłownie obok siebie. Dzielił nas tylko płot. Odprowadził mnie pod drzwi i pożegnał się.
-Dobranoc- odrzekł.
-Dobranoc.
-Wpadnę do ciebie jutro.
Pokiwałam głową. Oddałam mu kurtkę, a on wspiął się po płocie i przeskoczył na drugą stronę. Cały Michael. Jakby nie mógł przejść furtką. Weszłam do góry, zamknęłam się w pokoju i stanęłam przed lustrem. Często siedziałam przed nim i po prostu patrzyłam na swoje odbicie. Po półgodzinie poszłam pod prysznic i przebrałam się w piżamę. Rano weszłam cała rozśpiewana do kuchni. W radiu akurat leciało "Can You Feel It". Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Nalałam sobie kawy i usiadłam przy stole.
-A co ty taka szczęśliwa?- zapytała mnie siostra Michele.
-Nie mogę?
-Możesz, ale jest jakiś powód.
Uśmiechnęłam się tylko i wzruszyłam ramionami smarując bułkę dżemem. W tej chwili do kuchni wszedł mój starszy brat Desmond.
-Co się tu dzieje?- zapytał.
-Jessie jest dzisiaj jakaś dziwnie szczęśliwa- powiedziała podejrzliwie Michele.
-Daj jej spokój. Znów się na nią uwzięłaś- odrzekł. Desmond zawsze traktował mnie jak młodszą siostrę. Mogłam na niego liczyć. Nie lubił, kiedy Michele się mnie czepiała i stawał w mojej obronie- Smacznego mała.
-Dzięki Desmond. Rodzice jeszcze śpią?
-Tak. Nie martw się.
-Nie martwić? O co?
-Nie wiem, myślałem, że coś ukrywasz.
-Nie tym razem.
Byłam najmłodsza. Desmond miał dwadzieścia cztery lata, a Michele dwadzieścia trzy. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to listonosz. Byłam w piżamie, ale to nic dziwnego. Zawsze tak odbieraliśmy pocztę. Zamurowało mnie, kiedy w drzwiach stanął Michael. Zmierzył mnie wzrokiem, pogłaskał się po karku i odrzekł:
-Przyszedłem za wcześnie?
-Co? Nie... Ja...- zaczęłam się jąkać.
Mike zaśmiał się.
-Idź się ubierz, a ja poczekam na dole.
-Przepraszam cię za to.
-Nie ma o czym mówić. No, leć.
Pobiegłam do pokoju, przebrałam się, odświeżyłam i zeszłam na dół. Moje obawy się sprawdziły. Michele jak zwykle do niego zarywała. Zrobiłam się czerwona ze złości. Wredna małpa!
-Michael, idziemy?- zapytałam, tak głośno, żeby na pewno im przeszkodzić.
-Tak, jasne.
Podbiegł do mnie i otworzył przede mną drzwi. Uśmiechnęłam się do niego i kiwnęłam mu głową w ramach podziękowania. Szliśmy sobie po chodniku.
-Twoja siostra mnie przeraża- odrzekł.
-Nie tylko ciebie- zaśmiałam się.
Przez resztę spaceru Mike wydawał się taki niespokojny i zmartwiony.
-Wszystko gra?- zapytałam.
Po chwili ciszy odpowiedział:
-Muszę już jutro wyjechać. Mnie i braciom zaproponowali krótką trasę koncertową.
-To świetnie. Musisz koniecznie codziennie do mnie dzwonić.
-W tym właśnie sęk. Nie chcę cię tu zostawiać.
-Co masz na myśli?
-Pojedź ze mną. Z nami.
-Z tobą? Na Tournee?
Pokiwał głową.
-Mike, ja nie wiem... bo...
-Bo?- zapytał zasmucony.
-Nie dałeś mi czasu na zastanowienie.
Spojrzał na mnie rozczarowany.
-Rozumiem. Wybacz, że zrobiłem to tak nieumyślnie.
-Nie o to chodzi, ale gdybyś powiedział mi chociażby wczoraj, to jednak dzień więcej, żeby podjąć decyzję.
-Rozumiem. Będę dzwonił do ciebie.
Przez resztę dnia był strasznie markotny. Czułam się winna, że to ja go tak zdołowałam. Kiedy wróciłam do domu z wyrzutami sumienia, wzięłam prysznic i poszłam spać. Rano obudziłam się akurat, kiedy Jacksonowie pakowali walizki do samochodu.
-Co ja wyprawiam?!
Szybko uszykowałam sobie walizkę i wybiegłam do nich.
-Mike, czekaj! Jadę z wami!
Wiem, że moja decyzja była trochę pochopna, ale wiedziałam, że nie będę tego żałować. Zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam Desmonda.
-Desmond? Ty też jedziesz?
-Tak. Jako oświetleniowiec.
Michael podszedł do mnie.
-Gotowa?
Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową. Zapakowali moją walizkę do bagażnika i ruszyliśmy przed siebie.
-A Michele?
-Była bardzo zadowolona, że jedziemy- odrzekł mój brat.
-jakoś mnie to nie dziwi.
-Mnie też nie.
Siedziałam z Michaelem z tyłu. Jechaliśmy całą noc. W końcu oparłam głowę na jego ramieniu i zasnęłam...